Livigno – przemyślenia z podróży

Zastanawiam się do jakiej kategorii przypisać ten post, z podróżowaniem to tak naprawdę nie ma on za wiele wspólnego, i mogłabym tygodniowy wyjazd zawrzeć w 3 zdaniach, a nawet kilku słowach – wielkie, polskie pijaństwo. W gondolkach ciągle słychać polskie rozmowy, o tym o ile za dużo, czego, kto wczoraj wypił i jak źle się czuje, przeplatane przekleństwami, a w trakcie tej kwiecistej wymowy zwykle wyciągana jest z plecaka, czy kurtki kolejna wysokoprocentowa butelka. I tak w kółko każdego dnia, bo alkohol jest tu tańszy niż woda, więc to grzech nie korzystać. Czuję, że to mój ostatni pobyt tutaj, bo z roku na rok wygląda to coraz gorzej, albo zmniejsza się mój poziom tolerancji. Ale właśnie nie o tym chciałam…

Ja przyjechałam tu pojeździć i na stokach spędziłam sporo czasu, zwykle samotnie sobie szusując, a w tzw. między czasie obserwując ludzi. Lubię to robić. Czasami mogłabym godzinami siedzieć i przyglądać się różnym zachowaniom, gestom, wyrazom twarzy. Najlepiej jak byłabym jeszcze wtedy niewidzialna. Oprócz podglądania snowboardzistów, od których próbuję uczyć się lepszej jazdy i zazdrosnego przyglądania się zaawansowanym narciarzom, których poziomu nigdy nie osiągnęłam, w tym roku moją uwagę przykuwały też inne niesamowite zjawiska – dzieci. Ale nie te 7 czy 10 letnie, tylko te malutkie szkraby, których nartki są tak małe, że większą ich część zajmują wiązania na buty. Najbardziej zadziwiło mnie maleństwo, które na moje oko nie miało więcej jak 4 lata. Zapinałam wiązania przed zjazdem, gdy na chwilę podniosłam wzrok by zobaczyć rodziców z dwójką dzieci – narciarska rodzinka. Każde z dzieci miało szelki, jednak patrząc na tego małego szkraba zastanawiałam się, czy to dziecko już potrafi chodzić nie potykając się o swoje nóżki, przecież ono jeździło jeszcze ze smoczkiem! Druga sytuacja, która zapadła mi w pamięć, też dotyczy 4 osobowej rodzinki, tym razem z dwójką córek. Ich spotkałam w gondoli, cała sytuacja skupiła się na ojcu i dzieciach. Mniejsza, Pauli, myślę, że w wieku 4-5 lat jest na etapie ciągłego zadawania pytań „dlaczego”. Przez cały przejazd gondolką zadawała tacie różne pytania, a gdy na chwilę przestała, starsza ją podpuszczała do kolejnej serii. Mimo, że taka sytuacja może być bardzo irytująca i wkurzająca, z tej biła pozytywna energia, zarówno od strony małej Pauli, która uśmiechała się, i nie miała w oczkach diabelskich ogników, jak również od strony ojca, który wykazywał anielską cierpliwość odpowiadając na pytania małej. W tym wszystkich wykazywał się też rodzicielskim sprytem, odwracając momentami role i zadając pytania „dlaczego”, lub mówiąc po prostu, że nie wie. Cały czas wszyscy byli uśmiechnięci i emanowali radością.

Te moje obserwacje oczywiście spowodowały, że zaczęłam zastanawiać się nad naszymi okruszkami. Nad tym jakimi my będziemy rodzicami… Czy starczy nam cierpliwości by odpowiadać na te wszystkie „dlaczego” pytania? Czy zbudujemy taki dom, w którym dzieci będą radosne i pozytywnie nastawione do rodziców, a nie zbuntowane i próbujące robić tylko na złość wszystkim w około, a nam w szczególności? Czy będziemy mieli energię i motywację by podróżować z bąblami w bliższe i dalsze zakątki świata? W jakim wieku zaczniemy uczyć je sportów zimowych, i jak wybierzemy na czym będą jeździć? Czy może one same już będą wybierały? Czy nie będziemy irytować się, że nie możemy sami sobie pojeździć, bo cały czas trzeba mieć dzieci na oku? Czy rodzicielstwo da nam radość i satysfakcję, i dzięki niemu poczujemy, że życie jest pełniejsze?

Nie znam odpowiedzi na te pytania. A to budzi mój niepokój…

Podobne wpisy