Mmm… długo wyczekiwane! Truskawki już są! Koktajl, ciasto drożdżowe, tarta, ryż, wszystko bym teraz zrobiła z truskawek! I tak też się stało ;)
Przez parę dni jeździłam na rehabilitację i nie miałam jak kupić sprzedawanych przy drogach czy chodnikach owoców, ale kiedy w końcu udało mi się to zrobić to od razu 2kg! W domu od razu zrobiłam koktajl (truskawki + kefir + odrobina cukru/miodu), podwinęłam rękawy i wzięłam się za ciasto. Kontynuując nasze zdrowe odżywianie stwierdziłam, że nie pójdę na łatwiznę i nie zrobię ciasta z mąki pszennej, a z mieszkanki bezglutenowych mąk jakie posiadam. Chciałam zrobić jedno z prostszych ciast (z tego przepisu) modyfikując je właśnie o mąkę. Nie wzięłam tylko pod uwagę tego, że inne mąki chłoną więcej płynów, i zrobiłam prawie w takich samych proporcjach (choć i tak dałam mniej mąki). No i niestety ciasto się wyrosło, zrobił się zakalec, co w niczym mi nie przeszkadzało! A Maćkowi tym bardziej, bo on woli zakalce od pięknie wyrośniętych ciast. O czym ponownie przekonałam się tydzień później, kiedy nie zważając już na żadne diety upiekłam ciasto drożdżowe bez zagniatania (wg tego przepisu).
Z nóżki na nóżkę przeskakiwałam czekając aż urośnie (3h czekania!), a później się upiecze. Tak bardzo chciałam ugryźć choć malutki kawałek, że jak tylko wyjęłam je z piekarnika, kawałek wylądował na talerzyku (dlatego nie ma zdjęcia ;)). Pyyszzny!!! Wyrośnięty! Cud malina. Gdy po tym jak Maciek skosztował kawałek, zapytałam Go jak mu smakuje, usłyszałam: „Smaczny… ale wolałbym bez kruszonki, i żeby był zakalec…”
Zasłona milczenia.
