Mieliśmy zostać w Warszawie i świętować np. w tunelu aerodynamicznym, przy świecach i romantycznej kolacji, a w niedzielę pobiec w Orlen Warsaw Marathon. Ale od jakiegoś czasu mamy problemy z kolanami, a dodatkowo Maciek nie ćwiczył przez dłuższy czas, bo miał nogę pogryzioną przez psa, nadarzyła się okazja by uczcić kolejne urodzinki poza miastem. Oczywiście wszystko miało być niespodzianką!
Padło na Pisz. Znalazłam fajną ofertę „pobyt dla dwoje” w Hotelu nad Pisą. Zdjęcia wyglądały fajnie, z obsługą hotelu umówiłam się na wyjątkową kolację przy świecach na sobotę, na posiłki bezglutenowe i jeszcze, że dostaniemy kolację w piątek jak dotrzemy do 21:30. Dodatkowo zarezerwowałam nam wspólny masaż na sobotni poranek. Wszystko zapowiadało się idealnie! Właśnie… zapowiadało, aż do piątku przed wyjazdem.
Próbowałam się dostać z Bielan do centrum, do biura Maćka, w którym trzymamy rowery, kiedy wkurzona stojąc w korku odebrałam telefon z hotelu z informacją, że niestety ale masażysta musi jutro pojechać do szkoły, więc podwójny masaż jednak nie będzie możliwy. CO?! Kilka oddechów.
Nie byłam pocieszona, ale przecież czekało nas wiele innych fajnych atrakcji – rowery, sauna, romantyczna kolacja. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że w hotelu odbywa się przyjęcie weselne – typowe polskie wesele, że dostaliśmy pokój z pojedynczymi łóżkami (do podwójnego łóżka jest 150zł dopłaty/noc), i że zupa była za słona! Ale to nie wszystko… hotel iście prlowski, ze swojskim klimatem, ze śniadaniami jak z ośrodków „wczasy pod gruszą” i perełka – z sauną tuż przy korytarzu na parterze, tuż przy przejściu do wind i salonu fryzjerskiego i bez prysznica w pobliżu… A jeśli ktoś już się zdecyduje na skorzystanie to musi co najmniej godzinę wcześniej uprzedzić recepcję. Wszystko to bardzo mnie irytowało, bo nie tak zaplanowałam świętowanie okruszkowych urodzin!
Za to w sobotę zrobiliśmy sobie bardzo fajną trasę – zaczynając i kończąc w Piszu, jadąc przez Karwicę, Krzyże, Ruciane-Nida i Wiartel przejechaliśmy prawie 70 km.

Trasa częściowo asfaltowa, ale było także sporo kawałków leśnych dróg, po których nie lubimy jeździć ;) zwłaszcza tych pełnych piasku i wystających gałęzi, bo człowiek się bardziej umęczy przeprawiając się przez te piachy niż jeżdżąc na rowerze :) W Rucianym zrobiliśmy sobie przerwę na pyszną rybką, a później odkryliśmy świeżutką, prościutką asfaltową drogę w ogóle nie uczęszczaną! Fantastyczny kawałek!
Po powrocie do hotelu nie skorzystaliśmy z sauny, choć przydałaby się zmęczonym mięśniom. Ale za to dostaliśmy kolejną porcję weselnych przygrywek i zabaw, które towarzyszyły nam przy W OGÓLE nieromantycznej kolacji. Co doprowadziło mnie już do szału! To była pierwsza i ostatnia wizyta w tym hotelu! Kompletna organizacyjna klapa.
W niedzielę szybciutko się wymeldowaliśmy by już się bardziej nie denerwować i pojechaliśmy do Mikołajek, skąd mieliśmy zaplanowaną trasę – objechanie jeziora Tałty.
Trasa Mikołajki – Tałty – Skorupki – Ryn – Notyst Wielki – Stare Sady – Mikołajki to ok. 46 km pedałowania 50/50 po asfalcie i leśnych drogach.

Tego dnia oprócz zmagań z piachem, mieliśmy także wodne przeprawy, takie jeżdżenie z noszeniem ;) Pod koniec złapał nas deszcz, ale bardzo zadowoleni i zmęczeni wsiadaliśmy do auta, ruszając do Rydwąg na popołudniową herbatkę u Robaczków :)





