Do Rzymu pojechałam służbowo na konferencję Analytics Experience 2016, więc od początku było wiadomo, że czasu na zwiedzanie będzie mało. Niestety było go nawet mniej niż przewidywałam, tym bardziej, że hotel w którym się zatrzymaliśmy był ponad 15 km od centrum. Ale w jeden wieczór, gdy klienci i dziennikarze udali się na prywatną wycieczkę do Muzeum Sykstyńskiego, ja hotelowym busikiem dostałam się do centrum.
To była moja pierwsza wizyta w Rzymie, więc nie ukrywam, że chciałam zobaczyć, co wywołuje te wszystkie ochy i achy, także plan był prosty – miałam 3 godziny by odwiedzić największe atrakcje i zjeść dobrą kolację :) w skrócie ponad 12 km uliczkami Rzymu, by zobaczyć Koloseum, Fontannę di Trevi, Schody Hiszpańskie (które po renowacji pilnowane są przez rzeszę policjantów, by aby na pewno nikt tam nie siadał, nie jadł i nie pił :)) i Bazylikę Św. Piotra w Watykanie. Oczywiście podczas spaceru udało się mi się także zobaczyć inne rzeczy, ale klimatu miasta w tak krótkim czasie jednak poczuć się nie da. Choć miałam namiastkę włoskiego podrywu i podejścia do życia w związku (Jesteś mężatką? Tak, szczęśliwą. A masz dzieci? Nie. A to w takim razie mąż nie przeszkadza ;))

Rzeczywiście Fontanna i Koloseum robią wrażenie! Amfiteatr zaciekawił mnie do takiego stopnia, że następnym razem chętnie odwiedziłabym go także od środka. Ale poza tym, że to miasto pełne starożytnych budowli, skrywające wiele historii to niestety jest zatłoczone przez turystów, trochę zaśmiecone i pełne bezdomnych. Najbardziej rzuciło mi się to w okolicy Placu Św. Piotra, gdzie na każdych schodach, we wnękach, czy zadaszonych miejscach pod kartonami, z dobytkiem swojego życia przysypiali ludzie. Myślę, że zapamiętałam to tak wyraźne, również przez wielki kontrast między wspaniałą Bazyliką, pięknie oświetloną, co podkreślało jeszcze jej dostojność, a ludźmi szukającymi schronienia w chłodną, listopadową noc…





