W grudniu udało się nam wyjechać na kilka dni do Barcelony, można nawet powiedzieć, że to dość spontaniczny wyjazd :) Maciek wyznaczył sobie kilka celów rozwojowych na ten rok 2016, a jednym z nich były wystąpienie na zagranicznych WordCampach. Jakiś czas temu na swoją prelekcję pojechał do Frankfurtu, a w listopadzie dowiedzieliśmy się, że zapraszają go również do Barcelony. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji, zwłaszcza gdy w Polsce chłód, mróz i ciemności ;)
Zdecydowaliśmy się na 5 dniowy pobyt od środy do niedzieli, a gdy Maciek w piątek i sobotę spędzał czas z WordPress’ową społecznością, ja delektowałam się samotnymi spacerami i książką czytaną w słońcu na wybrzeżu.
Podczas tej podróży zauważyłam jak zmieniło się moje podejście do zwiedzania. Nigdy nie przepadałam za odwiedzaniem muzeów czy też wystaw, ale lubiłam odwiedzać „przewodnikowe” atrakcje, miejsca z których dane miasto jest znane. Raczej nigdy nie biegałam od miejsca do miejsca pstrykając tylko zdjęcie atrakcji numer 1 i biegnąc do numeru 2, ale będąc w Barcelonie nie chciałam nawet zaglądać do przewodnika na wyznaczone trasy turystyczne, a spacerować po mieście odkrywając jego uroki i znajdując ciekawe miejsca. Oczywiście zerknęłam na top 5 atrakcji i oceniłam, że jeden ze spacerów warto będzie zacząć od Sagrada Famila ;) Ale wszystkie pozostałe perełki wyjazdu odkrywaliśmy bez map i wskazówek. Tak np. idąc (jak się dopiero później okazało) jedną z najbardziej turystycznych ulic – La Rambla znaleźliśmy La Boqueria Market, wielki targ, na którym można kupić wszystko, począwszy od owoców, warzyw, soków, przekąsek, bakalii, po mięso, wędliny, sery i wszystkie możliwe owoce i ryby – RAJ! :) Na targu jest też kilka miejsc, gdzie można przysiąść i zjeść, czemu się nie oparliśmy. Maciek nie przepada za owocami morza, ale ja pobyt w Barcelonie wykorzystałam by najeść się tymi pysznościami.
Podczas spacerów natrafiliśmy na Łuk Triumfalny, pałac parlamentu, parki pełne rzeźb, starą arenę, na której odbywały się kiedyś walki byków. Wybraliśmy się też na spacer do zamku Montjuic, który wznosi się na wzgórzu, dzięki czemu można podziwiać stamtąd panoramę miasta oraz jeden z największych portów towarowych w Europie – fantastyczny widok. Te tysiące kontenerów, wielkie kontenerowce i potężna infrastruktura pozwalająca na sprawne rozpakowywanie i załadowywanie wszystkich towarów.
Ale w tym wszystkim właśnie najfajniejsze było szwędanie się po uliczkach, tych mniejszych, oddalonych od tych atrakcji, obserwowanie ludzi i ich codziennego życia. Małe lokalne sklepiki, które jak nas później nasi gospodarze z Airbnb uświadomili, wcale nie są już własnością pojedynczych osób, które z dziada pradziada prowadzą rodzinne interesy, a tak naprawdę są to sieci, które mimo wszystko nadają miastu urok! I tam w przeciwieństwie np. do Polski, takie małe sklepiki mają rację bytu, bo nie ma opcji by w mieście został wybudowany jakiś wielki superkmarket. Tam „biedronki”, „lidle” i inne budowane są tylko poza miastem, więc by dojechać tam to musisz mieć po pierwsze auto, a po drugie to już większa wyprawa, więc dla ludzi te sklepiki, obecne prawie na każdej ulicy są wybawieniem.
Osobiście w Barcelonie poczułam się super – swobodnie, miło, jak w domu. Nie czułam, że jestem w obcym miejscu, że trzeba się gdzieś spieszyć, a ludzie byli przyjaźnie nastawieni. Rzadko tak mam w takich turystycznych miastach, żeby nie powiedzieć, że to było pierwsze ;) To miejsce wywołało we mnie tak pozytywne emocje, że chciałabym tam wrócić na dłużej!









