Kazimierz Dolny – ale w ten weekend nie ma festiwalu filmowego

Kazimierz Dolny? „Ale w ten weekend nie ma festiwalu filmowego” – takimi słowami skomentował nasz wyjazd do Kazimierza Tomek. Każdy ma to co lubi. My spędziliśmy przyjemny weekend na świeżym powietrzu, piliśmy świetną gorącą czekoladę i uciekaliśmy przed Cygankami.

Do Kazimierza Dolnego wybieramy się na weekend 8-10 stycznia 2016. Jak na nas jest to spontaniczny wyjazd. Ten weekend mieliśmy spędzić w domu, ale trochę się zmieniły późniejsze plany i na tydzień przed, zdecydowaliśmy, że jednak gdzieś pojedziemy. Na początku myśleliśmy o Toruniu i generalnie o spa, saunach i masażach. Ale potem uznaliśmy, że już się wyleżeliśmy i przydałoby się trochę ruchu. Poza tym chcieliśmy wydać trochę mniej pieniędzy niż zwykle.

Cicho, skromnie, ale urokliwie

Zdecydowaliśmy się na Dom pod brzozami. Wg komentarzy na Booking.com, oferował „skromne ale bardzo czyste wnętrze”, „cichą okolicę” „urokliwy wąwóz” prowadzący do centrum miasta, a jedynym mankamentem, na który zwracali uwagę poprzedni turyści, był zbyt miękki materac w pokoju. Cena też była dość przystępna, więc zarezerwowaliśmy praktycznie od razu.

Dojazd do Kazimierza z Warszawy

Dojazd nie należy do najprzyjemniejszych, trzeba się przebić przez Warszawę i okolice Otwocka, a potem praktycznie cały czas jedziemy wąską jednopasmową drogą. Ale rozmawiamy sobie wesoło, mamy dobre humory, a w dodatku po drodze w Puławach jest McDonald’s, gdzie zatrzymujemy się na kanapkę drwala. Taka sobie, ale uzupełniamy kalorie, a do celu mamy tylko kilkadziesiąt minut.

Nocleg w Kazimierzu

Dom pod brzozami okazuje się świetnym miejscem. Czysto, schludnie, łazienka świetnie przygotowana (zawsze zwracam na to uwagę), prysznic nie cieknie, dobre ciśnienie wody. Materac rzeczywiście miękki, ale da się żyć :) Jesteśmy po kolacji, więc tylko włączamy końcówkę filmu, którego nie zdążyliśmy obejrzeć w tygodniu, pijemy herbatkę i idziemy spać. Przed nami długi dzień.

Sobotni spacer – Rynek w Kazimierzu – Ruiny zamku w Bochotnicy – Zamek w Kazimierzu

Wstajemy wcześnie, jemy śniadanie, ciepło się ubieramy i od razu wyruszamy do centrum. Na rynku jesteśmy dość wcześnie, ale już witają nas Cyganki. Niby nic nie chcą, mówią, że nie będą wróżyć i tylko chcą o coś zapytać. Jak mówimy, że nie mamy o czym rozmawiać to jedna reaguje agresywnie i przepowiada nam same najgorsze koszmary. Uśmiechamy się i idziemy dalej. Jeszcze tylko szybkie zakupy (coś słodkiego na drogę) i wyruszamy. Idziemy szlakiem, który znaleźliśmy w przewodniku udostępnionym przez właściciela domu.

Początek jest obiecujący – idziemy wałem wzdłuż Wisły.

Początek trasy jest świetny, maszerujemy wzdłuż Wisły, przyjemnym chodnikiem na wale. Potem niestety wał się kończy i musimy iść wzdłuż głównej drogi. Nie lubimy takich motywów, więc po krótkim czasie znajdujemy boczną drogę i wchodzimy w nią. Jest zdecydowanie lepiej. Aut nie ma w ogóle, cisza, spokój, idziemy, relaksujemy się, rozmawiamy o przyszłości, dzieciach, planowaniu wszystkiego (takie mamy charaktery) i kupnie działki. Okolice Kazimierza nas urzekają. Jest fajnie, dość blisko Warszawy. Może…

Z rozmyślań wybija nas pan, któremu weszliśmy na posesję mimo dość wyraźnej tabliczki „Teren prywatny, brak szlaku”. Jak widać tabliczka nie spełnia do końca swojej funkcji, ale na swoją obronę mamy, że szlak naprawdę łatwo przegapić. Jeszcze tylko kilkaset kroków i dochodzimy do Zamku. Zamek pisany z wielkiej litery to zdecydowane nadużycie, bo jest to totalna ruina i w zasadzie robienie szlaku do tego miejsca mija się z celem ;) Została ledwo zachowana ściana i trochę kamieni. Ale jest to dobre miejsce na odpoczynek, banana, obowiązkową fotkę.

Stan tabliczki dobrze oddaje to co zostało z zamku ;)
Została tylko ściana – kiedyś w zamku na górce mogło być uroczo

Wracamy. W drodze znowu rozmawiamy o ciągłym planowaniu naszego życia. Monika ma wątpliwości czy dobrze robimy, że wszystko tak dokładnie i z wyprzedzeniem planujemy. Ja takich wątpliwości nie mam. W końcu mam kogoś, kto też planuje i nie uważa mnie za dziwaka. Postanawiam kupić nam kalendarz ścienny na cały 2016 rok. Ale będzie planowania ;)

Zanim docieramy na rynek i idziemy coś zjeść, idziemy jeszcze zobaczyć zamek w Kazimierzu i basztę. Rozciąga się stąd całkiem przyjemny widok. Wejście na zamek i basztę jest płatne.

Widok nam wystarcza :)

Następnie idziemy na obiad (nie pamiętam miejsca, ale nie jest warte polecenia ;)). Monika je zupę grzybową i pierogi a ja rosół i pstrąga. Pstrąg niczego sobie, reszta jedzenia ujdzie. W tle gra rąbanka. Na prośbę o ściszenie lub zmianę muzyki, kelnerka z wielkim zdziwieniem odpowiada „no dobrze, ściszę”.

Na koniec robimy zakupy na kolację i przy okazji zaopatrujemy się w pyszne herbatki na wagę (sklepik na rynku).

Niedzielny spacer: Kazimierz Dolny – Mięćmierz i z powrotem na gorącą czekoladę

W niedzielę obieramy inny kierunek. Mięćmierz jest starą osadą flisacką, w której można w dalszym ciągu spotkać domy kryte strzechą. Bardzo urokliwe miejsce. Zachęca również do przyjechania na rowerze (mamy w planach na przyszłość).

Do Mięćmierza idziemy prawie cały czas wałem wzdłuż Wisły, tym razem w przeciwnym kierunku niż do Bochotnicy. I tym razem nie ma przykrej niespodzianki w postaci trasy samochodowej.

W tle tabliczka z napisem „Kocham Policję” :)
Selfie na tle panoramy mięćmierskiej

Po spacerze idziemy na gorącą czekoladę do Cafe Faktoria. Pijemy gorzką czekoladę z porzeczkami (pycha) i jemy też bezglutenową szarlotkę (taka sobie).

Czytam książkę w Cafe Faktoria i delektuję się gorącą czekoladą

Po takim leniuchowaniu nie chcę mi się już nic robić, ale jest plan i trzeba go zrealizować :) Idziemy jeszcze na Wzgórze Trzech Krzyży. Kazimierz wie jak zarobić na turystach, bo żeby wejść na na wzgórze trzeba zapłacić. Tuż przed wierzchołkiem jest budka, w której siedzi pani i strzeże dostępu do krzyży. Tym razem podejmujemy wyzwanie i podziwiamy widoki z samej góry.

W Kazimierzu nie ma nic za darmo. Widok bezcenny ;)

Powoli zbliża się czas powrotu, ale zanim wsiadamy do samochodu idziemy na obiad do Knajpy Artystycznej (nie linkuję, bo mimo pozytywnych opinii i polecenia od znajomej Moniki, było średnio). Na koniec jeszcze szybka herbatka w Herbaciarni u Dziwisza. Okazuje się, że herbaciarnia i czekoladziarnia są prowadzone przez braci. Smakuję herbaty zielonej z posmakiem ryżu. Bardzo ciekawy smak i podobno dobra na trawienie.

Jak wychodzimy w herbaciarni czeka nas niespodzianka, pada śnieg, dużo śniegu. Robi się biało w moment. Idziemy, śnieg miło chrupie, potem wsiadamy do naszej strzały i wyruszamy w podróż do Warszawy. Tym razem już bez postoju w Macu ;)

Podobne wpisy