To był jeden z najwspanialszych weekendów, jakie spędziłam w Grecji, nie zapomnę tej wędrówki, widoków i emocji do końca życia :)
Cel: Olimp
Potrzebny czas: 2 dni
Jak dojechać: autobusem do Litochoro + spory kawałek na piechotą ;)
Wyprawę zaplanowaliśmy na piątek i sobotę (19-20.10), bo tylko wtedy były jeszcze wolne miejsca w schronisku. I był to także ostatni możliwy termin, bo w kolejny weekend schronisko było już zamykane przed zimą. Początki nie były łatwe – pobudka o 6! Najpóźniej o 7 musieliśmy wyjść z akademika, by dojechać na drugi koniec miasta na dworzec autobusowy, a przed wyjściem koniecznie należało zjeść śniadanie i wrzucić do plecaków prowiant i gorącą herbatkę. Pojechaliśmy polską ekipą – 5 osób, w sam raz na górską wędrówkę. W autobusie oczywiście jeszcze każdy dosypiał, a koło godziny 10 dotarliśmy do miejscowości Litochoro, z której zaczynał się szlak. Ogólnie byliśmy trochę zaniepokojeni, bo na weekend (tzn. od soboty zapowiadali deszcz :/). Dlatego zaczęliśmy myśleć, jak ogarnąć temat w ciągu jednego dnia – gdyby udało się nam dojechać do miejscowości Prionia, moglibyśmy zaoszczędzić 6h marszu i zdobyć górę jeszcze w piątek. Ale okazało się, że taxi wyszłoby strasznie drogo, a autobusy w ogóle tam nie kursują, więc koniec końców zjedliśmy drugie śniadanie i ruszyliśmy przed siebie. Do schroniska doszliśmy dopiero koło 20, pokonując ostatnie odcinki trasy po ciemku, bo niestety zajęło nam to więcej czasu niż pisali w przewodnikach. Na szczęście niektórzy z nas mieli światło, a dodatkowo szła z nami hiszpańska grupka, jak się okazało także z Erasmusa. Byliśmy padnięci, tym bardziej, że wychodząc z Prioni każdy liczył na maksymalnie 2 godziny wędrówki, a za każdym zakrętem okazywało się, że jeszcze spory kawałek przed nami. Najgorszy był moment, gdy już się ściemniało, i za jednym takim zakrętem zobaczyliśmy wielką górę, ze światełkiem na szczycie. Światełkiem było schronisko… Wysoko, daleko przed nami.
Jeśli chodziliście po polskich górach i odwiedzaliście schroniska – doceńcie je! Polskie schroniska są fantastyczne :) W greckim było dziwnie, same zakazy. Nie wolno nic samemu gotować, nawet gorącej wody!! Na wrzątek do termosu, czy zalanie herbatki, także nie ma co liczyć, co z resztą tak zostało skwitowane: „Ja wiem ze w Polsce wy takie zwyczaje macie, ale to nie Polska, tu tak nie ma!”. O 22:00 wyłączają wszystkie światła, a do 8 rano należy wynieść się z sali, nie wolno się kąpać (z resztą kto by chciał w tak lodowatej wodzie!!!! Myjąc ząbki mroziło Cię od razu), a wodę oczywiście należy używać bardzo oszczędnie, nie wolno słuchać muzyki, nie wolno grać w karty, nic nie wolno kłaść na stole w sali gdzie się śpi, na łóżkach nie może leżeć nic oprócz pościeli, i jeszcze na pewno coś było, tylko już zapomniałam :) Po zgaszeniu światła, było tak ciemno, że nawet ręki swojej nie można było dostrzec, w końcu na 2100 [m] nie ma skąd dochodzić światło, nawet księżyc się schował.
Z łóżek udało się nam zebrać po 7, śniadanko, ząbki, przepakowaliśmy się trochę, bo o dziwo pozwolono zostawić nam rzeczy w schronisku i zabrać z powrotem jak będziemy wracać ze szczytu. Poranek był cudowny, widoki niesamowite! Boskie uczucia!
Droga na szczyt była ciężka, po drodze minęliśmy Hiszpanów, którzy wracali, bo nie mieli odpowiednich ciuchów, a mówili że na górze zimno strasznie, wieje. Później również spotkaliśmy jakiś ludzi, którym nie udało się wejść na szczyt. Ale my ostro dawaliśmy pod górkę, choć czasami to już miałyśmy z dziewczynami dość. Na szczęście byliśmy dobrze przygotowani, mieliśmy ciepłe ciuchy, rękawiczki, szaliki, czapki, i nie zmarzliśmy. Im wyżej szliśmy tym warunki pogodowe były coraz gorsze, zaczął padać śnieg, potem mały grad i ciągle wiatr. Doszliśmy w końcu na 2866 na Skale, skąd było rozejście na 2 szczyty, jeden jest najwyższym w masywie Olimpu: Mytikas 2918[m], ale droga do niego prowadzi nad przepaścią, i jest zaznaczona w przewodniku jako trudna, a miejscami niebezpieczna, zważając na to i na warunki atmosferyczne, podjęliśmy rozsądną decyzję, że idziemy na drugi szczyt, który jest tylko o 6m niższy, ale za to droga jest o wiele łatwiejsza. Gdy dotarliśmy na górę, niestety nie nacieszyliśmy się widokami, gdyż otaczała nas mgła, ale satysfakcja gwarantowana :) Droga powrotna była spokojna, choć im niżej tym, śnieg przemieniał się w deszcz, najpierw drobny, a potem już padało coraz mocniej. Zatrzymaliśmy się jeszcze w schronisku, podsuszyliśmy rzeczy, rozgrzaliśmy się przy kominku i ruszyliśmy w drogę. W Prioni złapaliśmy stopa, tzn. zaczepiliśmy ludzi na parkingu koło wejścia na szlak, a że akurat jechali do Litochoro ;) Stamtąd autobusem do Salonik, i jeszcze jednym pod akademik. Zmęczeni ,ale baaaardzo zadowoleni wróciliśmy bezpiecznie. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane powtórzenie tej wyprawy!





































