· ·

Dzień siódmy – witaj przygodo! :)

Na camping przyjechaliśmy bardzo późno, bo ok. 22:30. Daliśmy dziś sobie popalić, ale przy okazji spotkały nas niesamowite przygody :) o nich więcej już jutro, bo teraz marzę już tylko o śpiworku i odpoczynku. Tym bardziej, że jutro robimy sobie dzień przerwy, więc będę miała czas by wszystko opisać :) Przedsmakiem niech będzie to zdjęcie:

rowery-traktor

Dobry humor dopisywał nam od rana. Słoneczny poranek, piękne widoczki (choć zaobserwowaliśmy także, że podniósł się poziom wody na rzece…). Spakowaliśmy wszystkie sakwy, zostawiając tylko namiot do przeschnięcia i pojechaliśmy do sklepu po nowe siedzonko! To była szybka akcja, wybór nie był trudny – były tylko 2 modele, przy czym jeden do złudzenia przypominający dotychczas mi towarzyszący. 299 Kr i nowe super żelowe, „ekstremalnie komfortowe” siedzonko było już zamontowane. Różnica jest widoczna, ale szału nie ma, tyłek i tak boli ;)

Wróciliśmy po namiot i Maćka i ruszyliśmy w drogę. Standardowo zjazdy i podjazdy, przyjemne widoczki, zwłaszcza po tym jak zjechaliśmy z głównej drogi. Boczne uliczki choć czasami trudniejsze są znacznie spokojniejsze, kilka samochodów na krzyż, a tak to cała droga nasza ;) i wodospady, poziomki, natura na wyciągniecie ręki! I tak było tym razem, gdy skręciliśmy sobie na Flo (oczywiście wedle wskazówek GPSa). Wykres wysokości nie napawał optymizmem, ale twardo pedałowaliśmy. Wjechaliśmy pod spory podjazd, kiedy okazało się, że droga się kończy… GPS mówi jedźcie dalej, jakaś szutrowa droga była… Dla pewności zapukaliśmy do pobliskiego domu. Młoda Norweżka powiedziała nam, że a i owszem, można się tą drogą dostać na drugą stronę przełęczy, ale czy da radę z rowerami to nie wie, bo ona sama nie próbowała, ale widziała na tej trasie rowerzystów. Patrzyliśmy na tę trasę i nie wiedzieliśmy czy śmiać się czy płakać. Nie chciało się nam wracać 20 km do Stryn by jechać inną drogą – bylibyśmy sporo km w plecy, dlatego postanowiliśmy spróbować szczęścia na tym górskim szlaku. Tak, to była górska ścieżka, dość stroma, pełna osuwających się kamieni. W bólach podeszliśmy, myślę maksymalnie 300m. Maciek zostawił rower i poszedł sprawdzić jak kształtuje się sytuacja, a po jego powrocie stwierdziliśmy, że jednak nie da rady, schodzimy na dół, łapiemy autobus i tak dotrzemy na drugą stronę. I wtedy stał się cud!

Z domu, do którego wcześniej pukaliśmy, wyszła mama młodej Norweżki, którą przed 20 minutami widzieliśmy wracającą z pracy. Zagadała nas o to podejście, czy za ciężko, czy jak, że w sumie tam dalej to już jest lepiej, nie tak stromo, ale nie było opcji byśmy tego ponownie próbowali! Wtedy pani powiedziała, że w sumie jak akumulator nie jest wyładowany to ona nas na tą górę wciągnie traktorem! OMG! Tego się nie spodziewaliśmy! Pani przyniosła nam na ochłodę domowego soku jabłkowego, a sama w między czasie poszła szukać kluczyków. To było niesamowite! Drobna kobitka przestawiając traktory i finalnie wyjeżdżająca mini traktorkiem z garażu. Jak powiedziała, tak uczyniła :) wpakowaliśmy rowery i sakwy na pakę, sami też tam się wgramoliliśmy i w drogę! Gęby z radości się nam nie zamykały, patrząc na odcinek który przejechaliśmy NIE byłoby opcji byśmy wciągnęli sami te rowery, albo byśmy padli po drodze ;) po wielkich podziękowaniach i zapisaniu adresu (na pewno wyślemy jej paczkę smakołyków z Polski!) piękne okoliczności przyrody skusiły nas na przerwę na lunch ;) w takim warunkach wszystko smakuje wyśmienicie! Zjazd z tej góry był trudny – bo szlaki górskie, każdy wie jak wyglądają, wiec pełna koncentracja, ograniczona prędkość. Ale było warto! Te góry! Wodospady, wodospadziki! Topniejące ośnieżone szczyty i woda szukająca ujścia! Mój polski jest zbyt ograniczony by opisać jak fenomenalne to było! :)

W końcu dojechaliśmy do Hellesylt, skąd mieliśmy wziąć prom do Geiranger. Mieliśmy przy pierwotnych założeniach trasy, ale w ciągu ostatnich dni zdecydowaliśmy by ominąć Drogę Trolli, przez co i prom nie był już nam potrzebny. Ruszyliśmy więc dalej, w morderczy 4 km podjazd tunelem. Ledwo zipiąc odpoczywaliśmy na parkingu po wyjeździe, gdy podjechał do nas oznakowany pickup. Pierwsza myśl – będą problemy. Ale nie! Przemiły pan powiedział nam, że kawałek dalej jest kolejny długi, ciemny i nieprzyjemny tunel i może on by nas przez niego przewiózł? :)))) takich propozycji nie odrzucamy!

Było już po 19 kiedy dojechaliśmy do Stranda, w której planowaliśmy rozbić się na kempingu. Ale było drogo, do tego prognoza na kolejny dzień zapowiadała deszcz, wiec postanowiliśmy ruszyć na następny kemping (ok. 16km). Kebab w rękę i na prom! Do tego Maciek S. mówił, że wg gps będzie prawie cały czas z górki… Było… Ale najpierw 6 km pod górkę… Ze zmęczenia złapała nas już głupawka. Rzutem na taśmę złapaliśmy właścicieli, którzy nadziwić się nie mogli, że przyjechaliśmy aż ze Stryn :) przy okazji pogadaliśmy o planach na nasza dalszą trasę, i może Droga Trolli nie jest jeszcze stracona…

Trasa: 87 km (6:34), Stryn – Hellysylt – Stordal
Camping: Stordal (130 Kr/namiot), 10 Kr/4min ciepły prysznic, 10 Kr/30 minut pralka, suszarka

Podobne wpisy