Słowackie Tatry – Łomnica i okolice

Po emocjonujących wydarzeniach sylwestrowej nocy, wspólnym poranku i śniadaniu, ciepło się ubraliśmy, zapakowaliśmy plecak i wybraliśmy się na wycieczkę :) Na pierwszy ogień poszła Tatrzańska Łomnica. Ponieważ jest to też ośrodek narciarski nie było problemów z trafieniem, ani ze znalezieniem miejsca do parkowania, o dziwo było nawet za darmo! Większość osób szła z nartami czy deskami do wyciągów, a my znaleźliśmy szlak i ruszyliśmy spokojnym tempem pod górę. Mimo środka zimy, było ciepło, trzeba było się rozebrać ;) Tym bardziej, że podejście nie było najłatwiejsze, były strome momenty, ośnieżone i oblodzone, ale daliśmy radę – wydreptaliśmy na 1751 m n.p.m nad Łomnicki Staw, bo na samą Łomnicę to chyba tylko jakieś zorganizowane wyprawy z przewodnikiem. Krótka przerwa na zupę w schronisku, kilka zdjęć i kolejką zjechaliśmy na dół. Pogoda i widoki przepiękne! A wieczorem wygrzewaliśmy się w saunie i odpoczywaliśmy na leżaczkach. Takie połączenie to ja rozumiem :)

Drugiego dnia wybraliśmy się do Doliny Białej Wody. Żółtym szlakiem doszliśmy na wysokość 1551 m n.p.m. do schroniska nad Zielonym Stawem. Trasa łagodna, spacerowa, ale miejscami bardzo oblodzona, zwłaszcza schodki przy podejściu do schroniska, dobrze że były barierki!
W schronisku oczywiście przerwa na herbatkę, czekoladkę, coś na ząb i chwilę odpoczynku. Ponieważ żadne z nas nie lubi wracać tą samą trasą, postanowiliśmy przejść kawałek magistralą tatrzańską (czerwonym szlakiem), który łączy się z niebieskim, a ten idzie mniej więcej równolegle to żółtego, którym szliśmy w górę. Pod koniec te dwa szlaki łączą się, więc droga na parking była już nam znana. Ale nie było tak łatwo, bo zaczęło padać, ściemniało się, i temperatura spadała. Deszcz zamarzał nam na ubraniach tworząc skorupkę, ale co gorsze zrobiło się bardzo ślisko. Maciek ślizgał się już wcześniej w swoich butkach, ale wtedy to już było prawie lodowisko. Na szczęście cali dotarliśmy do auta, które miało już swoją lodową powłokę :) Grzanie włączone na maksa i powrót do hotelu z prędkością 20km/h. To też było wyzwanie, bo trzeba było podjechać pod górkę z kocich łbów… Auto się nie słuchało, więc odetchnęłam z ulgą jak finalnie zaparkowaliśmy, nie uszkadzając nikogo i niczego po drodze. Sauna się nam należała!

W sobotę kończyliśmy naszą słowacką sielankę, ale spakowani, wymeldowani pojechaliśmy na jeszcze jeden spacer – żółtym szlakiem z Tatrzańskiej Leśnej do schroniska nad Długim Wodospadem (Dlhý vodopád). Szlak prowadzi doliną, momentami było ślisko, ale ten szlak też był całkiem przyjemny – choć wracaliśmy tą samą trasą, więc trochę się ciągnął ;)

Koniecznie musimy pojechać tam kiedyś wiosenną lub jesienną porą!

Podobne wpisy