Od paru lat, co rok, mam plan by robić pierniczki, pakować w celofan z kolorowymi wstążkami i rozdawać jako świąteczne upominki :) Tylko przez kilka lat z rzędu zapominałam, że do tematu warto zabrać się znacznie wcześniej niż parę dni przed Wigilią ;)
W zeszłym roku po raz pierwszy udało mi się plan zrealizować, i miałam zamiar to kontynuować, tym bardziej, że tym razem miałam też mieć pomocnika ;) Termin pierniczkowej akcji został wyznaczony na ostatni weekend listopada, tuż przed naszym 2tygodniowym urlopem.
Przepisów w interecie jest taka ilość, że ograniczyłam się do analizy stron, które znałam, i z których przepisów korzystałam już wcześniej, jak np. mojewypieki.com.
Zabawy i śmiechu było co miemiara, zwłaszcza dlatego, że chyba z ciastem poszło coś nie tak… Było dość kruche, więc wyzwaniem było jego wałkowanie. Ale daliśmy radę! Powstały pierniczkowe rodzinki, ciastek w wersji z obiema nogami, jak i z jedną, dużo serduszek, gwiazdeczek i innych kształtów.
Po upieczeniu i ostudzeniu pierniczki wylądowały w puszce, do której włożyliśmy także skórkę jabłka.
Tydzień przed świętami miękkie juź pierniczki ozdobiliśmy lukrem. Przy czy zabawy było jeszcze więcej, przede wszystkim dlatego, że testowaliśmy naturalne barwniki dla lukru, i nie wszystkie okazały się smaczne ;) Np. sok z malin dał nam lukier bladoróżowy (dobry), a kurkuma – żółty (nie polecamy…).
W rozprowadzaniu lukru pomagały nam strzykawki (taka spożywcza, dedykowana takim rzeczom, ale zwykła z apteki też się sprawdziła) i wykałaczki.
Pierniczki wyszły tak pyszne, że finalnego efektu niestety nie zdążyliśmy na zdjęciach uwiecznić… To w następnym roku :)




